Wizyta u adwokata

Wstałam dziś chyba lewą nogą. Próbowałam od rana zrobić coś pożytecznego, ale myśl o wizycie u adwokata spędzała mi sen z powiek. Naszykowałam niezbędne dokumenty, zjadłam śniadanie i zaczęłam się szykować. Niestety rozpadał się rzęsisty deszcz i zamiast pobiec prosto na autobus musiałam się wrócić po parasolkę, której jak zwykle zapomniałam. W ten oto cudowny sposób spóźniłam się na autobus, a kolejny miałam dopiero za pół godziny. Moje spóźnienie kosztowało mnie dłuższe czekanie na wizytę u adwokata, który w tym czasie przyjmował innych klientów – na szczęści w miłym otoczeniu – bo ta kancelaria adwokacka bardzo ładna. O tyle dobrze, że załatwiłam wszystko pomyślnie – pani bardzo miła i widać, że zna się na sprawie – także polecam. Po południu nawet wyszło nieco słońca, więc do domu zrobiłam sobie spacerek. Nogi bolały mnie okrutnie, ale dobrze mi zrobiło takie przewietrzenie głowy i umysłu. W domu przygotowałam obiad, ponieważ wieczorem odwiedzali nas znajomi męża. Zrobiłam też kilka przekąsek, nakryłam do stołu i wieczór upłynął już w całkiem miłej atmosferze. Bez zbędnych opóźnień, niedociągnięci i innych przydarzających się chochlików.